maj 25, 2008 at 12:29 pm | In Proza | Leave a Comment

Nadszedł kres mojej wędrówki po świecie. Jestem u schyłku mej drogi. Jestem spokojna. Nie boję się. Czuję że to już blisko, że nie muszę długo trwać w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Nie, pomyliłam się… Jednak chwila, w której tkwię trwa dłużej niż oczekiwałam. Choć wydawać by się mogło, iż na tle 92 lat to tylko ułamek sekundy, jednak są to moje najdłuższe chwile w życiu. Właśnie osiągam szczyt życia. Najtrudniejszy jego stopień. W mej głowie następują ponowne narodziny minionych wydarzeń. Przenoszę się na początek drogi. Jestem na samym dole. Niestety nie pamiętam swych najmłodszych lat. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, iż miałam szczęśliwe dzieciństwo i wspaniałych rodziców, którzy mi je zapewnili. Tak…to wiem. Następnie przenoszę się w lata nastoletnie. Przez mgłę udaje mi się zobaczyć dawne szkoły, rodzinne miasto oraz ludzi, których cząstki kształtowały moje życie. Dalej pojawiają się studia. Obraz jest bardziej klarowny. Pomiędzy pracą magisterską a założeniem rodziny, mgła stopniowo ustępuje. Teraz, gdy mogę wszystko dokładnie zobaczyć, skłaniam się do refleksji dotyczących mojego postępowanie wobec siebie i bliskich. Ile rzeczy źle zrobiłam? Ile ludzi niesłusznie skrzywdziłam? Jakie błędy popełnione przez moją osobę pozostaną tu – na ziemi i jak zostanę zapamiętana? Chociaż miałam na to tyle lat, to dopiero teraz odmawiam najważniejszy i najtrudniejszy rachunek sumienia w mym życiu. Rozliczenie samej siebie z dorobku życia… Na niektóre pytania odpowiedzą za mnie bliscy. Nie mnie oceniać, jaka dla nich byłam. Mam tylko nadzieję, że byłam też dla nich…nie tylko dla siebie. Rozmyślanie gwałtownie przerywa upadek. Tak więc to jest ta chwila. Spadłam. Nie wrócę, już się nie obudzę i nie wstanę z łóżka. Krótko trwał mój przystanek na szczycie. Teraz znajduję się niżej niż podczas narodzi. Już nic nie muszę robić. Najważniejsze co miałam wykonać, wykonałam. Mianowicie nauczyłam się kochać, walczyć z osobistymi niepowodzeniami, ale przede wszystkim pokory wobec siebie, świata, ludzi. Odeszłam wtedy, gdy powinnam była odejść, a więc gdy skończyłam spełniać swą życiową misję. Teraz kolejny krok pozostawiam w rękach mych bliskich. Muszą mnie pochować. Natomiast ja przeszłam do krainy niezakłóconego spokoju, sądząc po tym, iż nikt ze świata żywych nie może ingerować w stan, w którym się znajduję.

Urodziłam się po to, by umrzeć. Cóż za niedorzeczność! Choć osiągnęłam wiek 92 lat, co sugeruje, iż powinnam dokładnie poznać życie, to jednak nie zdążyłam zrozumieć takiego następstwa wydarzeń. Narodziny, śmierć – to mam już za sobą. A co dalej? Nieistnienie? Przecież ja istnieję! Jestem w sercach ludzi mi bliskich. To jest główny powód, dla którego warto było się narodzić, a w efekcie umrzeć. Ja jestem! Ja istnieję! Dopóki żyją moi bliscy, to i ja żyję! Mam ochotę wykrzyknąć: Kochani, nie martwcie się, nie umarłam, dalej jestem z Wami! Odczuwam spokój, gdyż wiem, że istnieję dzięki starym pamiątkowym fotografiom, ubraniom, własnym pianinie, na których kochałam grać. Lecz najważniejsza pamięć mojej osoby nie tkwi w rzeczach materialnych. Najistotniejsze są odczucia ludzi, ich wspomnienia, w których moja postać gra pewną rolę, rozmowy o mnie, rady, których udzieliłam przyjaciołom, i które do tek pory im służą. Właśnie w takich rzeczach jest najwięcej szczerości, prawdy. Jestem szczęśliwa z tego powodu, iż zostawiłam tam dużą część mnie . Jestem także z siebie duma. Wiek, który osiągnęłam u schyłku mej egzystencji na ziemi to nie lada wyzwanie. Były wzloty i upadki, czasami przeważały te ostatnie. Jestem im wdzięczna za siłę w zmaganiu się z czasem, gdyż to one nauczyły mnie walki z przeciwnościami losu. Teraz pozostaje mi tylko czekać na swój pogrzeb. Głos ze świata ludzkiego podpowiada mi, iż uroczysta ceremonia pogrzebu świętej pamięci mojej osoby odbędzie się za trzy dni. Czekam.

Jest 14 września 2083 roku, ok. godz. 11. Trumna z moim ciałem niesiona jest przez czterech grabarzy w akompaniamencie ‘Amazing Grace’. Za nimi widzę smutne twarze rodziny. Jeszcze nie zaakceptowali faktu mojego odejścia. Są wszyscy, którzy dalej wygrywają walkę z czasem. Są przyjaciele i znajomi. Nie ma jednak nikogo z mojego rocznika. Czas wcześniej zatrzymał ich żywot. Niemile odbieram tą chwilę, odczuwam ból, gdy widzę wszystkich ludzi. Oni jednak odczuwają większy ból – i to jest w tym wszystkim najgorsze: gdy człowiek odchodzi, rani serca ludzi, natomiast on sam pozbawiony jest tego cierpienia. Rani ludzi, których kochał, i których nauczył kochać, a w dniu odejścia nieświadomie każe im tą miłość ukazywać w postaci łez i smutku. Miłość potrafi ranić.

HaSioQ J.

Nie ma jeszcze komentarzy »

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Blog na WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.