Tysiąc skradzionych pereł i orchidea

maj 9, 2009 at 12:08 pm | In Mysli nieuczesane | 2 Comments

Jesteś zdolny jest do tak wielu pięknych rzeczy,

Że czasem czuje się, jak bardzo blisko Ci do anioła

Gdy słyszysz muzykę,tęsknisz za czymś lepszym, mniej prozaicznym i brutalnym,

Potrafisz sprawić, że ktoś przez chwilę będzie umiał latać,

Wiem, że potrafisz.

Jednak możesz z premedytacją też rozszarpać go na strzępy…

Być wilkołakiem, dziką bestią, niewzruszoną.

Jesteś zdolny do tak wielu okrutnych rzeczy…

Chowasz twarz w kominiarkę, Na harfie fałszując,

Powtarzasz, że tak już jest, tak musi być.

Śpiew ptaków, który Cię zachwyca

Za chwilę potrafi być dla Ciebie na tyle irytujący aby przestać słuchać…

Potrafisz na niej grać,

Wiem, że potrafisz.

Aby wydobyć dźwięk musisz pociągnąć za struny.

Potrzebne są też nuty i klucz…

wiolinowy.

Wiesz, gdzie są.

Nie łap motyla łapczywie za skrzydła, bo przestanie latać.

Na palcach zostaną Ci tylko okruchy kolorów.

Kwiat potrzebuje motyla, to dla niego kwitnie

Gdy już mają siebie nawzajem, oboje mogą umrzeć

Krótki ich żywot, prawo natury – powiesz

Lecz nie bezwartościowy, odpowiem Ci…

Jesteś zupełnie jak kwitnąca herbata,

której kwiat otwiera się po zalaniu wrzątkiem.

Co dla Ciebie jest zalewą? Miłość, natchnienie, pasja?

Sama zalewa bez esencji jest bezwartościowa.

Dlatego otwórz tego mięczaka i odkryj w nim perłę,

Coś pięknego i bardzo trwałego kryjącego się pod skorupą.

Rankiem wstań, otwórz oczy, stań przed lustremi spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie,

Kim jesteś?

Człowieku…

Hexa1492

Migdały, czerwone, zielone i niebieskie:)

maj 5, 2009 at 11:21 am | In Mysli nieuczesane | Leave a Comment

Dlaczego ludzie stawiają między sobą mury? Czego się boją? Grają w jakąś głupią grę? Czy naprawdę chcą być pionkami pozorów?

Dlaczego tak często pozwalamy sobie na złość, a prawie nigdy na miłość? Co robimy dla samych siebie i jak przekłada się to na to, co robimy dla innych?

Przecież każdy marzy o ciepłym deszczu na policzku, dotyku i zapachu kwiatu jaśminu. Co nas od tego odciąga? Czy to marzenia tak odległe, że wydają fikcją? Dlaczego?

Wyjdź latem w deszcz, obróć głowę i zobacz jaka piękna tęcza. Może garnek ze złotem znajduje się na jej końcu, a nie tam gdzie zazwyczaj szukasz? Dlaczego nie? Dlaczego się śmiejesz? Czy kiedykolwiek pozwoliłeś sobie na ten luksus bycia śmiesznym? Może warto? :)

Pozwól sobie marzyć, przecież z tych cegieł możesz zbudować most… .

hexa1492

A Die

maj 5, 2009 at 10:48 am | In Proza | Leave a Comment

A świat był wtedy niczym mroźne pustkowie… . Pustynia pełna kamieni rozdrabnianych przez wiatr.

Sucho, niegościnnie i wszędzie czuć było unoszący się zapach śmierci niesiony przez Chamsin.

Wciąż żywa legenda o niebiańskiej oazie, krainie szczęśliwości, pełnej wody i życia, do której każdy kierował swe kroki tak naprawdę to krocząc po omacku.  Ta jedna nadzieja napędzała  wszystko,  niczym zaginiony skarb, Atlantyda, wymarzona utopia… .

Droga pełna prób, wyrzeczeń, naznaczona cierpieniem kosztować będzie ogrom.  Gdzieś na kolejnym zakręcie wielu zgubi ideały,  złudzenia, nadzieje – być może nawet samych siebie, wielu przypłaci obłąkaniem, obrośnie skorupką, skamienieje od środka czekając już tylko na Chamsin.

Czy warto? Nie wiem… . Każda legenda ma wszak w sobie ziarno prawdy… .

Była na samym początku drogi. Miała już plecak i wszystkie rzeczy potrzebne do długiej wędrówki.

Zupełnie nie wiedziała czego i gdzie ma szukać, i tylko głos wywnętrzał się ze środka grzmiąc całą swoją potęgą o tym, o czym już wszyscy inni wiedzieli.

Iść… Tak iść…

Rozejrzała się więc we wszystkie cztery strony świata, zadumała się przez chwilę, poprawiła wstążkę we włosach i już miała ruszyć za tym, kogo plecy widziała przed sobą, gdy jej noga zatrzymała się w powietrzu i z szurnięciem wróciła na swoje miejsce.

Uświadomiła sobie wtedy, że nie może podążać za kimś jeśli ma znaleźć własną ścieżkę. Zamknęła oczy jeszcze raz, wsłuchała się w samą siebie, obróciła raz w prawo, dwa razy w lewo i z wciąż zamkniętymi powiekami ruszyła około dziesięciu kroków na przód.

Otworzyła jedno oko, potem drugie.

Tylko po co mi te liczby? – pomyślała.

I wciąż z lekkim wahaniem, na drżących nogach postanowiła zrobić następny krok… .

Nie trwało długo zanim się na kogoś natknęła.

- O przepraszam najmocniej… To pańska stopa?

- Owszem młoda damo, byłbym wdzięczny gdyby zdecydowała się pani z niej zejść.

Spłonęła żwawym rumieńcem jednak za wszelką cenę nie chciała dać tego po sobie poznać. Miała szczęście, gdyż jej policzki były już rumiane z natury.

W ten sposób właśnie poznała szczura imieniem Alvaro. Alvaro długo smalił do niej cholewki.

Rzecz jasna nie bardzo wiedziała co zrobić, wszak po raz pierwszy ktoś odważył się smalić doń cholewki i to dosyć nachalnie w jej płochym odczuciu. Przypomniała sobie błogie szaleństwo na temat pewnych orzechowych oczu. To było miłe wspomnienie, na dźwięk którego zawsze dyskretnie się uśmiechała. Pomyślała, że to chyba właśnie tak powinno wyglądać. Szli więc ze szczurem razem przez jakiś czas, ale bardzo krótko.  Po prostu… . Tak zwyczajnie ich drogi zbyt odstawały od siebie, toteż na następnym rozgałęzieniu zostawiła go samym sobie.

Pośpiesznie podążyła dalej. Szła długo, ale zmęczenie nie osłabiało jej zapału ani o kawałeczek.

A był to wciąż początek. Trochę się bała, nie zaprzeczam, słyszała wiele od wielu i przeważnie było to niemiłe wiele.

Zawędrowała następnie w magiczne miejsce pełne najrozmaitszego ptactwa. Wszystkie ptaki były bajecznie kolorowe i ciekawe na swój sposób – a każdy był inny. Były niebieskie wróble, dumne pawie jak to pawie obnoszące się swymi okazałymi ogonami, były sowy – bardzo mądre, a nawet i kruki, i chociaż jako jedyne całe czarne to miały niesamowicie radosne oczy.  Zabawiła tam długo, chociaż czas zdawał się nie mieć najmniejszego znaczenia. Dowiedziała się mnóstwa rzeczy o ptakach jako takich, o ich migracjach i zwyczajach – a każdy był inny. Usłyszała też o tym jak desperacko można lecieć pod wiatr i jak można przy tym boleśnie połamać skrzydła.  I co najdziwniejsze – wszystkie niemalże ptaki były zdania, że oaza znajduje się właśnie tam, skąd wieje Chamsin… .

Ocknęła się nagle z tego narkotycznego snu, tej długiej chwili wśród najróżniejszego ptactwa i zwróciła twarzą pod wiatr. Chamsin natychmiast powalił ją z całą swoją dzikością, wyjąc złowrogo.

Poczuła palący ból prawego policzka. Leżała tak przez kilka dni nie mogąc się podnieść. Słyszała tylko pełne złości i żalu pieśni wiatru.

Dnia czwartego przyleciała doń sowa. Przycupnęła przy niej gładząc czerwony policzek.

- Nie wiem czy mam siłę się podnieść.

- Ależ masz drogie dziecko. Wiatr nie da łatwo za wygraną, przecież sama wiesz, ale poddając się teraz, w tym momencie – cała droga, którą przebyłaś obróci się w niwecz.

- To takie trudne… Muszę wciąż coś udowadniać, muszę udawać, że potrafię choć tak nie jest. Prawdę można nagiąć – owszem, ale na dłuższą metę to nie jest rozwiązanie.

-  Moja droga masz w sobie wystarczająco dużo siły, masz potencjał. Gdzie się podział twój zapał?

- Próbowałam już. Skończyło się tym, że tu leżę od czterech dni i raczej nieprędko wstanę.

- Chamsin nie będzie ci barierą jeśli pokonasz swoją własną. Cierpliwości to wymaga trochę czasu. Niedaleko jest las, gdy do niego trafisz przejdziesz przez wszystko łatwiej.

Sowa oddaliła się zostawiając ją samą. Myślała długo, ważyła własne siły. I tak nagle siódmego dnia dokładnie o wschodzie Słońca podniosła się energicznie czołem w stronę oazy. Wiatr smagał jej twarz i sypał piaskiem w oczy ile mógł. Nie zniechęciło jej to ani troszeczkę. Dotarła w końcu do lasu, o którym wspominała sowa.

Już miała przekraczać linię pierwszych drzew gdy jedno z nich zagrzmiało.

- Dzień dobry – odpowiedziała jak nakazywała jej grzeczność.

- Jak śmiesz wchodzić tutaj sama?!

- Ależ tak się właśnie złożyło, że dziś nikt mi nie towarzyszy – zakłopotała się nieco.

- I co ty masz właściwie we włosach dziewczyno?!

- A to… . To jest wstążka. – uśmiechnęła się dotykając włosów, gdyż z tego wszystkiego już zupełnie zapomniała, że wciąż ją tam ma.  – Więc dlaczego właściwie nie mogę tutaj wejść?

- Czy nikt ci nie powiedział, że to las symetryczny?

- Nie, właściwie to nie… Sowa nic nie wspomniała… .

- A czy w takim razie na wzrok również ci padło?

Oburzyła się nieco brakiem dobrych manier starego dębu.  Spojrzała jednak bardziej w głąb i ukazało jej się sto rzędów drzewek ustawionych równiutko parami. Dwie smukłe brzozy, dwie jarzębiny, olbrzymie olchy – też dwie naturalnie.  Wszystkie zwrócone do siebie licami okalały niczym kolumny wąską ścieżynę osłoniętą od wiatru. Dalej w głąb za nimi rosłe świerki i sosny otaczały cały las z zewnątrz niczym uzbrojona armia.

- I co tak stoisz jak słup soli?

- To sama nie mogę tędy przejść?

- Nie.

- Tylko w parze?

- Tylko dwójkami przechodzić tędy wolno.

- Ale czy nie winnam w takim razie mieć siostry bliźniaczki, by za bardzo nie odstawać od tych dwóch jarzębin tam i brzóz – o tam?

- Hmm myślę, że powinnaś… .  – zadumał się wyraźnie zmieszany dąb.

- Ale ja niestety nie posiadam… .

- Milcz dziewczę! I wyciągnij to z włosów! Stań do szeregu natychmiast!

- Nie zamilknę! – oburzyła się już nie na żarty – Stary dąb powinien tryskać mądrością i rozsądkiem! Jednak Panu jest to obce zupełnie. Nie dziwię się jednak, stoi tu Pan może i od wieków kilku nie zmieniając miejsca i co pan przez te wieki widział? Marny kawałeczek lasu co to go można zobaczyć odwracając głowę! Mocno zakorzeniony w niegościnnej ziemi napełniony uprzedzeniem do wstążek! Dziękuję za wskazówki, dalej pójdę sama… .

I poszła… . Okrążając las słyszała tylko złośliwe szepty, bezczelności na swój temat. Nie mogła zrozumieć jak mówić mogą w ten sposób nie zamieniając z nią jednego słowa. Nadkładając drogi bardzo się zmęczyła. Chamsin wył niemiłosiernie, rzucając raz po raz małym kamykiem, łupiną.

Dnia następnego, wlokąc powoli opadające z sił ciało trafiła na skałę.

- Witaj. – zaczęła skała.

- Witaj.

- Czego tu szukasz zacna panienko?

- Idę przed siebie.

- Spocznij przy mnie jeśli chcesz.

Zrzuciła więc ciężki plecak i usiadła obok. Skała osłoniła ją od wiatru. Było jej bardzo miło. Rozmawiała ze skałą całymi dniami. Wiedziała już, że lubi śpiewać i słuchać żałosnych pieśni wiatru.  Dowiedziała się także, że skały wietrzeją. Powodem oczywiście był Chamsin. Wtedy skała milczała. Dni płynęły na wspólnym dumaniu i uśmiechu. Razu pewnego nawet wydawało jej się, że ją widzi. Zaginiona Atlantyda była w zasięgu wzroku.

- Zobacz! Zobacz! To Oaza! – jej podekscytowaniu nie było końca.

- Nie, to tylko fatamorgana… .

- Ach… .

Wzięła więc swój plecak, podziękowała za gościnę i znów kontynuowała swoją samotną tułaczkę. Oddalała się powoli, aż skała zniknęła gdzieś na horyzoncie. Przeszła jeszcze wiele, wiele kilometrów, przepłynęła siedem rzek, a echo niosło skalne pieśni.

Co dalej? Nie wiem… . Powiadają, że znalazła to, czego szukała.  Jako jedna z niewielu… . Ponoć zaznaczała swoją drogę wstążkami, by móc się kiedyś cofnąć. Odtąd każdy tych wstążek szuka.

Wiesz? To moja ulubiona legenda… .

hexa1492

Kolorowe kredki w pudełeczku noszę… .

maj 5, 2009 at 10:45 am | In Dziennikarskie | Leave a Comment

Każdy poczciwy student z małego miasteczka gna co sił w nogach do wielkich metropolii. Wielkie metropolie jednak mają to do siebie, że mimo iż są zbiorowiskiem najróżniejszych osobowości to i tak giną one w szarym tłumie. Znieczulica –coś na co choruje każde milionowe miasto. Ulice pełne spieszących wszędzie kostek lodu, napędzanych ślepą wiarą w boga- mamonę. Niczym zombie, albo członkowie jakiejś sekty ubierają swoją niewzruszoną maskę nie zatrzymując się, ani nie oglądając.

Jakie to szczęście, że są jeszcze taki inicjatywy jak Flash Mob. Flash Mob – z angielskiego – błyskawiczny tłum, polega przede wszystkim na dobrej zabawie. Grupa zupełnie obcych sobie ludzi umówiona wcześniej w Internecie, tudzież przez sms, zbiera się w jednym miejscu wyprawiając najróżniejsze dziwy. Ważne aby pojawić się, zrobić trochę szumu, przekazać pewien impuls i zniknąć – koniecznie nie zostawiając żadnych śladów.

Pierwszy Flash Mob miał miejsce w 2003 r. w Nowym Jorku. Obsługa sklepu Macy’s musiała być zdziwiona, gdy każdy kolejny klient pytał o „dywanik miłości dla komuny”. Następnie, również w NY, oddawano pokłony ogromnemu pluszowemu dinozaurowi w centrum handlowym. Inicjatywa szybko zyskała popularność i rozprzestrzeniła się nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie. I tak w Australii pojawił się SydMob, w Rosji FMob  RU, a w Polsce – Warszawski Front Abstrakcyjny i FLOB – zrzeszenia zajmujące się prowokowaniem takich akcji.

W Warszawie grupka młodych, na schodach w Galerii Centrum hucznie obchodziła sylwestra 2005… 17. Stycznia 2004 r. , upuszczano też sztućce na stacji metra, przechodzono przez dziurę w ścianie, w końcu –obchodzono urodziny Frontu – wielkim dmuchaniem, a dmuchano we wszystko: instrumenty, imprezowe trąbki, bańki mydlane, dmuchawce. Skandowano o uwolnienie wodorostów i glonojadów pod sklepem z pluszowymi misiami.

W akcjach uczestniczą przede wszystkim młodzi ludzie, studenci i ci, których po prostu stać na odrobinę odwagi i kreatywności. Znikają tak szybko jak się pojawiają zostawiając gapiów w osłupieniu. Niestety Flash Mobowe akcje zainteresowały wielkie korporacje, które zaczęły je wykorzystywać w celach marketingowych, niszcząc pierwotną ideę przyświecającą akcji.

Na fali Flash Mobów, wypłynęły różne inne społeczne akcje np.: australijski Free Hugs czy akcja „jestem wolną książką”.

„Rozjaśnijmy szarość dnia!” – takie hasło widnieje na stronie internetowej WFA i tego stwierdzenia powinniśmy się trzymać. Dziwi mnie to, jak wielu osobom ta szarość przeszkadza, a jak niewielu próbuje coś z tym zrobić. Wszyscy odczuwamy potrzebę przeorganizowania tej codzienności, budowania jej od nowa. Uważam, że takie akcje są nie tylko jednym ze sposobów, dzięki którym może się to udać, ale sposobem, dzięki którym to już się dzieje.  Końcówkę podsumuję swoim mottem: „Jak świat jest zbyt szary to go pokoloruj”, kto ma kredki jeśli nie ty?

hexa1492

Blog na WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.