A Die
maj 5, 2009 at 10:48 am | In Proza | Leave a CommentA świat był wtedy niczym mroźne pustkowie… . Pustynia pełna kamieni rozdrabnianych przez wiatr.
Sucho, niegościnnie i wszędzie czuć było unoszący się zapach śmierci niesiony przez Chamsin.
Wciąż żywa legenda o niebiańskiej oazie, krainie szczęśliwości, pełnej wody i życia, do której każdy kierował swe kroki tak naprawdę to krocząc po omacku. Ta jedna nadzieja napędzała wszystko, niczym zaginiony skarb, Atlantyda, wymarzona utopia… .
Droga pełna prób, wyrzeczeń, naznaczona cierpieniem kosztować będzie ogrom. Gdzieś na kolejnym zakręcie wielu zgubi ideały, złudzenia, nadzieje – być może nawet samych siebie, wielu przypłaci obłąkaniem, obrośnie skorupką, skamienieje od środka czekając już tylko na Chamsin.
Czy warto? Nie wiem… . Każda legenda ma wszak w sobie ziarno prawdy… .
Była na samym początku drogi. Miała już plecak i wszystkie rzeczy potrzebne do długiej wędrówki.
Zupełnie nie wiedziała czego i gdzie ma szukać, i tylko głos wywnętrzał się ze środka grzmiąc całą swoją potęgą o tym, o czym już wszyscy inni wiedzieli.
Iść… Tak iść…
Rozejrzała się więc we wszystkie cztery strony świata, zadumała się przez chwilę, poprawiła wstążkę we włosach i już miała ruszyć za tym, kogo plecy widziała przed sobą, gdy jej noga zatrzymała się w powietrzu i z szurnięciem wróciła na swoje miejsce.
Uświadomiła sobie wtedy, że nie może podążać za kimś jeśli ma znaleźć własną ścieżkę. Zamknęła oczy jeszcze raz, wsłuchała się w samą siebie, obróciła raz w prawo, dwa razy w lewo i z wciąż zamkniętymi powiekami ruszyła około dziesięciu kroków na przód.
Otworzyła jedno oko, potem drugie.
Tylko po co mi te liczby? – pomyślała.
I wciąż z lekkim wahaniem, na drżących nogach postanowiła zrobić następny krok… .
Nie trwało długo zanim się na kogoś natknęła.
- O przepraszam najmocniej… To pańska stopa?
- Owszem młoda damo, byłbym wdzięczny gdyby zdecydowała się pani z niej zejść.
Spłonęła żwawym rumieńcem jednak za wszelką cenę nie chciała dać tego po sobie poznać. Miała szczęście, gdyż jej policzki były już rumiane z natury.
W ten sposób właśnie poznała szczura imieniem Alvaro. Alvaro długo smalił do niej cholewki.
Rzecz jasna nie bardzo wiedziała co zrobić, wszak po raz pierwszy ktoś odważył się smalić doń cholewki i to dosyć nachalnie w jej płochym odczuciu. Przypomniała sobie błogie szaleństwo na temat pewnych orzechowych oczu. To było miłe wspomnienie, na dźwięk którego zawsze dyskretnie się uśmiechała. Pomyślała, że to chyba właśnie tak powinno wyglądać. Szli więc ze szczurem razem przez jakiś czas, ale bardzo krótko. Po prostu… . Tak zwyczajnie ich drogi zbyt odstawały od siebie, toteż na następnym rozgałęzieniu zostawiła go samym sobie.
Pośpiesznie podążyła dalej. Szła długo, ale zmęczenie nie osłabiało jej zapału ani o kawałeczek.
A był to wciąż początek. Trochę się bała, nie zaprzeczam, słyszała wiele od wielu i przeważnie było to niemiłe wiele.
Zawędrowała następnie w magiczne miejsce pełne najrozmaitszego ptactwa. Wszystkie ptaki były bajecznie kolorowe i ciekawe na swój sposób – a każdy był inny. Były niebieskie wróble, dumne pawie jak to pawie obnoszące się swymi okazałymi ogonami, były sowy – bardzo mądre, a nawet i kruki, i chociaż jako jedyne całe czarne to miały niesamowicie radosne oczy. Zabawiła tam długo, chociaż czas zdawał się nie mieć najmniejszego znaczenia. Dowiedziała się mnóstwa rzeczy o ptakach jako takich, o ich migracjach i zwyczajach – a każdy był inny. Usłyszała też o tym jak desperacko można lecieć pod wiatr i jak można przy tym boleśnie połamać skrzydła. I co najdziwniejsze – wszystkie niemalże ptaki były zdania, że oaza znajduje się właśnie tam, skąd wieje Chamsin… .
Ocknęła się nagle z tego narkotycznego snu, tej długiej chwili wśród najróżniejszego ptactwa i zwróciła twarzą pod wiatr. Chamsin natychmiast powalił ją z całą swoją dzikością, wyjąc złowrogo.
Poczuła palący ból prawego policzka. Leżała tak przez kilka dni nie mogąc się podnieść. Słyszała tylko pełne złości i żalu pieśni wiatru.
Dnia czwartego przyleciała doń sowa. Przycupnęła przy niej gładząc czerwony policzek.
- Nie wiem czy mam siłę się podnieść.
- Ależ masz drogie dziecko. Wiatr nie da łatwo za wygraną, przecież sama wiesz, ale poddając się teraz, w tym momencie – cała droga, którą przebyłaś obróci się w niwecz.
- To takie trudne… Muszę wciąż coś udowadniać, muszę udawać, że potrafię choć tak nie jest. Prawdę można nagiąć – owszem, ale na dłuższą metę to nie jest rozwiązanie.
- Moja droga masz w sobie wystarczająco dużo siły, masz potencjał. Gdzie się podział twój zapał?
- Próbowałam już. Skończyło się tym, że tu leżę od czterech dni i raczej nieprędko wstanę.
- Chamsin nie będzie ci barierą jeśli pokonasz swoją własną. Cierpliwości to wymaga trochę czasu. Niedaleko jest las, gdy do niego trafisz przejdziesz przez wszystko łatwiej.
Sowa oddaliła się zostawiając ją samą. Myślała długo, ważyła własne siły. I tak nagle siódmego dnia dokładnie o wschodzie Słońca podniosła się energicznie czołem w stronę oazy. Wiatr smagał jej twarz i sypał piaskiem w oczy ile mógł. Nie zniechęciło jej to ani troszeczkę. Dotarła w końcu do lasu, o którym wspominała sowa.
Już miała przekraczać linię pierwszych drzew gdy jedno z nich zagrzmiało.
- Dzień dobry – odpowiedziała jak nakazywała jej grzeczność.
- Jak śmiesz wchodzić tutaj sama?!
- Ależ tak się właśnie złożyło, że dziś nikt mi nie towarzyszy – zakłopotała się nieco.
- I co ty masz właściwie we włosach dziewczyno?!
- A to… . To jest wstążka. – uśmiechnęła się dotykając włosów, gdyż z tego wszystkiego już zupełnie zapomniała, że wciąż ją tam ma. – Więc dlaczego właściwie nie mogę tutaj wejść?
- Czy nikt ci nie powiedział, że to las symetryczny?
- Nie, właściwie to nie… Sowa nic nie wspomniała… .
- A czy w takim razie na wzrok również ci padło?
Oburzyła się nieco brakiem dobrych manier starego dębu. Spojrzała jednak bardziej w głąb i ukazało jej się sto rzędów drzewek ustawionych równiutko parami. Dwie smukłe brzozy, dwie jarzębiny, olbrzymie olchy – też dwie naturalnie. Wszystkie zwrócone do siebie licami okalały niczym kolumny wąską ścieżynę osłoniętą od wiatru. Dalej w głąb za nimi rosłe świerki i sosny otaczały cały las z zewnątrz niczym uzbrojona armia.
- I co tak stoisz jak słup soli?
- To sama nie mogę tędy przejść?
- Nie.
- Tylko w parze?
- Tylko dwójkami przechodzić tędy wolno.
- Ale czy nie winnam w takim razie mieć siostry bliźniaczki, by za bardzo nie odstawać od tych dwóch jarzębin tam i brzóz – o tam?
- Hmm myślę, że powinnaś… . – zadumał się wyraźnie zmieszany dąb.
- Ale ja niestety nie posiadam… .
- Milcz dziewczę! I wyciągnij to z włosów! Stań do szeregu natychmiast!
- Nie zamilknę! – oburzyła się już nie na żarty – Stary dąb powinien tryskać mądrością i rozsądkiem! Jednak Panu jest to obce zupełnie. Nie dziwię się jednak, stoi tu Pan może i od wieków kilku nie zmieniając miejsca i co pan przez te wieki widział? Marny kawałeczek lasu co to go można zobaczyć odwracając głowę! Mocno zakorzeniony w niegościnnej ziemi napełniony uprzedzeniem do wstążek! Dziękuję za wskazówki, dalej pójdę sama… .
I poszła… . Okrążając las słyszała tylko złośliwe szepty, bezczelności na swój temat. Nie mogła zrozumieć jak mówić mogą w ten sposób nie zamieniając z nią jednego słowa. Nadkładając drogi bardzo się zmęczyła. Chamsin wył niemiłosiernie, rzucając raz po raz małym kamykiem, łupiną.
Dnia następnego, wlokąc powoli opadające z sił ciało trafiła na skałę.
- Witaj. – zaczęła skała.
- Witaj.
- Czego tu szukasz zacna panienko?
- Idę przed siebie.
- Spocznij przy mnie jeśli chcesz.
Zrzuciła więc ciężki plecak i usiadła obok. Skała osłoniła ją od wiatru. Było jej bardzo miło. Rozmawiała ze skałą całymi dniami. Wiedziała już, że lubi śpiewać i słuchać żałosnych pieśni wiatru. Dowiedziała się także, że skały wietrzeją. Powodem oczywiście był Chamsin. Wtedy skała milczała. Dni płynęły na wspólnym dumaniu i uśmiechu. Razu pewnego nawet wydawało jej się, że ją widzi. Zaginiona Atlantyda była w zasięgu wzroku.
- Zobacz! Zobacz! To Oaza! – jej podekscytowaniu nie było końca.
- Nie, to tylko fatamorgana… .
- Ach… .
Wzięła więc swój plecak, podziękowała za gościnę i znów kontynuowała swoją samotną tułaczkę. Oddalała się powoli, aż skała zniknęła gdzieś na horyzoncie. Przeszła jeszcze wiele, wiele kilometrów, przepłynęła siedem rzek, a echo niosło skalne pieśni.
Co dalej? Nie wiem… . Powiadają, że znalazła to, czego szukała. Jako jedna z niewielu… . Ponoć zaznaczała swoją drogę wstążkami, by móc się kiedyś cofnąć. Odtąd każdy tych wstążek szuka.
Wiesz? To moja ulubiona legenda… .
hexa1492
Refleksja na temat przyjaźni
październik 31, 2008 at 8:57 pm | In Proza | Leave a Comment„Przyjaźń jest najdelikatniejszym kwiatem, który rozwija się z wzajemnych kontaktów międzyludzkich. Jeżeli nie dbamy o niego cierpliwie i niestrudzenie, więdnie i usycha, zanim otworzy wszystkie swoje pączki.”
„Przyjaźń nie potępia w chwilach trudnych, nie odpowiada zimnym rozumowaniem: gdybyś postąpił w ten czy tamten sposób… Otwiera szeroko ramiona i mówi: nie pragnę wiedzieć, nie oceniam, tutaj jest serce, gdzie możesz spocząć.”
„Rzeczy zmieniają się wokół nas, zmieniają się także i ludzie, którzy zniżają się do poziomu rzeczy, ale nie zmieniają się przyjaciele, co udowadnia, że przyjaźń to coś boskiego i nieśmiertelnego.”
„Przyjaźń, która się kończy, tak naprawdę nigdy się nie zaczęła.”
„Nie skarby są przyjaciółmi, ale przyjaciel skarbem.”
„Przyjaciel – ktoś, przed kim można głośno myśleć.”
Kiedy zastanawiałam się nad tematem tego tekstu rozmawiałam właśnie z moim wieloletnim przyjacielem. Pomyślałam: opiszę po prostu przyjaźń, czym jest dla mnie, choć to sztampowy temat, bo – myślę -te cytaty, tyle mądrych, pięknych słów, ale to są myśli innych, obcych ludzi. Nawet nie ze wszystkimi się zgadzam! Słysząc „przyjaźń” zastanawiam się raczej czym jest ona dla mnie samej… Czym właściwie jest moja przyjaźń? Nie jest ani zwykła, ani mała, ani nieważna, ale nie jest też pełna patosu. Patos kojarzy mi się ze sztucznością, z czymś kompletnie nieżyciowym, a moja przyjaźń nie jest przecież sztuczna. Uwielbiam czytać Biblię, znajduję w niej odpowiedzi na moje pytania, traktuje na temat właściwie każdego aspektu życia człowieka. Jednym z moich ulubionych fragmentów Starego Testamentu jest historia przyjaźni Dawida i Jonatana.
„I zawarli tedy Jonatan z Dawidem związek przyjaźni, ponieważ umiłował go jak siebie samego” (1Sm 18:3)
Nie będę tutaj opowiadać całej tej historii. Jeśli jej nie znasz zachęcam – sięgnij do Biblii i przeczytaj. Czym więc jest przyjaźń? Przyjaźń Jonatana i Dawida pokazuje, że przyjaciel to ktoś, kogo szczęście jest dla nas ważniejsze niż nasze własne. Ktoś, kto nie boi się przeciwstawić i pomóc przyjacielowi, nawet jeżeli grozi mu to śmiercią. Ich relacja była niesamowita i piękna. Nic więc dziwnego, że została zapamiętana i znani są oni wiele tysięcy lat później.Dla mnie samej w przyjaźni jest ważne nie tylko to, że dobrze mi się z kimś rozmawia. Nie tylko to, że tej osobie ufam, nie boję zwierzać i mam pewność, że tego nie rozpowie. Nawet nie jest ktoś, kto doradzi, zwróci mi uwagę, gdy robię źle i pocieszy w smutku. Przyjaciel to raczej ten, który gdy na niego nawet bez powodu nakrzyczę, pogniewa się, ale gdy go szczerze przeproszę – naprawdę wybaczy. Ten, kto popełnia błędy, ale umie się do nich przyznać i walczy, by było dobrze, a nie czeka aż nieprzyjemna atmosfera sama minie. Mój przyjaciel to tylko ktoś, kto gdy jesteśmy umówieni na długo wyczekiwane spotkanie, bez wahania odwoła je, gdy ktoś trzeci będzie potrzebował jego pomocy. To ta osoba, która, gdy widzi, że nie jest ze mną dobrze, pomoże mi nawet wbrew mojej woli, gdy uzna to za konieczne. Jeśli ja jestem nieuczciwa wobec kogoś, to prawdziwy przyjaciel weźmie jego, nie moją stronę. To ktoś, kto nie podporządkuje pode mnie całego swojego życia, ale gdy dowie się, że jestem w potrzebie potrafi rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia przejechać pół kraju, po to tylko, żeby mnie przytulić.
Prawdziwa przyjaźń to dla mnie ta, w której zdarzają się mniejsze i większe burze, nawet całe tornada, pożary, powodzie, słowem – wszystkie możliwe katastrofy, ale potem te dwie osoby siedzą razem, całe brudne i poranione, i zbierają zgliszcza przyjaźni. Aż w końcu wychodzi tęcza.
toll3
W imię Polski…
czerwiec 5, 2008 at 9:03 am | In Dziennikarskie, Mysli nieuczesane, Proza | Leave a CommentChcę wstąpić do wojska. W zasadzie to nie zdaję sobie pewnie sprawy z realiów, jednak chcę spróbować. Moja rodzina nie traktuje tego poważnie, ma oczywiście prawo bo mnogość zawodów, w których się im ogłaszałam była naprawdę porażająca. Jednak teraz podejmuję dojrzalsze decyzje. Myśl ta kiełkowała już w gimnazjum. Jednak nie wiążę z wojskiem przyszłości. Chciało by się powiedzieć, że to będzie przygoda, ale to będzie coś więcej. Duch patriotyczny obudził się we mnie chyba na dobre. Być może to też efekt propagandy, ale po prostu czuję, że to jest mój obowiązek. Co więcej z biegiem czasu uświadamiam się w tym bardziej. Nie mam wątpliwości, że wojsko będzie cennym doświadczeniem jednak nie chciałabym nigdy brać udziału w walkach. W żadnym wypadku nie będę najemnikiem. Bo walczyć mam w imię czego? Wypłaty? Z drugiej strony jest również kwestia tego, że ludzie jadą zabijać ludzi. A ludzie ci znajdując się w innej sytuacji być może mogli by być najlepszymi przyjaciółmi. I znów nachodzi mnie pytanie w imię czego? Niczym nie przypominają bohaterów ginących w imię ojczyzny, w obronie rodziny i dobra przyszłych pokoleń. Tak, to prawda, żołnierz na froncie myśli za pewne najintensywniej o tym, aby uratować samego siebie. Dlatego wojna jest tak okrutna. Wojsko to doświadczenie, wojna to najstraszliwszy wytwór ludzkości.
Pewna myśl nie daje mi spokoju. Z moim uwielbieniem do muzyki przedwojennej i pieśni żołnierskich zastanawiam się ilu artystów tworzy teraz podobne w Iraku, w Afryce… . Ile kobiet wygląda w przerażeniu swojego Jasieńka? Tragiczny romantyzm w dziełach wojennych artystów to coś co najbardziej ściska za serce.
“Jak można się nudzić, jak można marudzić, że świat jest smutny, że jest źle nie rozumiem, nie” śpiewała Helena Grossówna przed II wojną światową. Być może to jej świetna aktorska kreacja każe mi myśleć, że ludzie w owym czasie mieli radość w głosie. Każdy z nich miał marzenia, problemy, miłostki tak jak my wszyscy teraz. Nawet się nie spodziewali następnej wojny światowej… . Eugeniusz Bodo wspaniały polski aktor i amant, na którego widok mdlały ówczesne kobiety zmarł w łagrze z głodu i wycieńczenia. Aż trudno w to uwierzyć… . To wszystko uaktywnia we mnie myślenie o tym, jak ja bym sie zachowała w podobnej sytuacji. Gdyby za jakiś czas świat obiegła wiadomość, że obce wojska wkroczyły do Polski. Oczywiście mam świadomość, że dzisiejsza wojna polega przede wszystkim na tym kto pierwszy zrzuci bombę, kto odpowie i kto pierwszy się wystraszy. Dlatego ta okrutna gra, w której ludzie są pionkami nie daje mi spokoju. Jeśli mam wybierać jak mam umrzeć podczas wojny to na froncie ramię w ramię z bohaterami.
hexa1492
…
maj 25, 2008 at 12:29 pm | In Proza | Leave a CommentNadszedł kres mojej wędrówki po świecie. Jestem u schyłku mej drogi. Jestem spokojna. Nie boję się. Czuję że to już blisko, że nie muszę długo trwać w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Nie, pomyliłam się… Jednak chwila, w której tkwię trwa dłużej niż oczekiwałam. Choć wydawać by się mogło, iż na tle 92 lat to tylko ułamek sekundy, jednak są to moje najdłuższe chwile w życiu. Właśnie osiągam szczyt życia. Najtrudniejszy jego stopień. W mej głowie następują ponowne narodziny minionych wydarzeń. Przenoszę się na początek drogi. Jestem na samym dole. Niestety nie pamiętam swych najmłodszych lat. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, iż miałam szczęśliwe dzieciństwo i wspaniałych rodziców, którzy mi je zapewnili. Tak…to wiem. Następnie przenoszę się w lata nastoletnie. Przez mgłę udaje mi się zobaczyć dawne szkoły, rodzinne miasto oraz ludzi, których cząstki kształtowały moje życie. Dalej pojawiają się studia. Obraz jest bardziej klarowny. Pomiędzy pracą magisterską a założeniem rodziny, mgła stopniowo ustępuje. Teraz, gdy mogę wszystko dokładnie zobaczyć, skłaniam się do refleksji dotyczących mojego postępowanie wobec siebie i bliskich. Ile rzeczy źle zrobiłam? Ile ludzi niesłusznie skrzywdziłam? Jakie błędy popełnione przez moją osobę pozostaną tu – na ziemi i jak zostanę zapamiętana? Chociaż miałam na to tyle lat, to dopiero teraz odmawiam najważniejszy i najtrudniejszy rachunek sumienia w mym życiu. Rozliczenie samej siebie z dorobku życia… Na niektóre pytania odpowiedzą za mnie bliscy. Nie mnie oceniać, jaka dla nich byłam. Mam tylko nadzieję, że byłam też dla nich…nie tylko dla siebie. Rozmyślanie gwałtownie przerywa upadek. Tak więc to jest ta chwila. Spadłam. Nie wrócę, już się nie obudzę i nie wstanę z łóżka. Krótko trwał mój przystanek na szczycie. Teraz znajduję się niżej niż podczas narodzi. Już nic nie muszę robić. Najważniejsze co miałam wykonać, wykonałam. Mianowicie nauczyłam się kochać, walczyć z osobistymi niepowodzeniami, ale przede wszystkim pokory wobec siebie, świata, ludzi. Odeszłam wtedy, gdy powinnam była odejść, a więc gdy skończyłam spełniać swą życiową misję. Teraz kolejny krok pozostawiam w rękach mych bliskich. Muszą mnie pochować. Natomiast ja przeszłam do krainy niezakłóconego spokoju, sądząc po tym, iż nikt ze świata żywych nie może ingerować w stan, w którym się znajduję.
Urodziłam się po to, by umrzeć. Cóż za niedorzeczność! Choć osiągnęłam wiek 92 lat, co sugeruje, iż powinnam dokładnie poznać życie, to jednak nie zdążyłam zrozumieć takiego następstwa wydarzeń. Narodziny, śmierć – to mam już za sobą. A co dalej? Nieistnienie? Przecież ja istnieję! Jestem w sercach ludzi mi bliskich. To jest główny powód, dla którego warto było się narodzić, a w efekcie umrzeć. Ja jestem! Ja istnieję! Dopóki żyją moi bliscy, to i ja żyję! Mam ochotę wykrzyknąć: Kochani, nie martwcie się, nie umarłam, dalej jestem z Wami! Odczuwam spokój, gdyż wiem, że istnieję dzięki starym pamiątkowym fotografiom, ubraniom, własnym pianinie, na których kochałam grać. Lecz najważniejsza pamięć mojej osoby nie tkwi w rzeczach materialnych. Najistotniejsze są odczucia ludzi, ich wspomnienia, w których moja postać gra pewną rolę, rozmowy o mnie, rady, których udzieliłam przyjaciołom, i które do tek pory im służą. Właśnie w takich rzeczach jest najwięcej szczerości, prawdy. Jestem szczęśliwa z tego powodu, iż zostawiłam tam dużą część mnie . Jestem także z siebie duma. Wiek, który osiągnęłam u schyłku mej egzystencji na ziemi to nie lada wyzwanie. Były wzloty i upadki, czasami przeważały te ostatnie. Jestem im wdzięczna za siłę w zmaganiu się z czasem, gdyż to one nauczyły mnie walki z przeciwnościami losu. Teraz pozostaje mi tylko czekać na swój pogrzeb. Głos ze świata ludzkiego podpowiada mi, iż uroczysta ceremonia pogrzebu świętej pamięci mojej osoby odbędzie się za trzy dni. Czekam.
Jest 14 września 2083 roku, ok. godz. 11. Trumna z moim ciałem niesiona jest przez czterech grabarzy w akompaniamencie ‘Amazing Grace’. Za nimi widzę smutne twarze rodziny. Jeszcze nie zaakceptowali faktu mojego odejścia. Są wszyscy, którzy dalej wygrywają walkę z czasem. Są przyjaciele i znajomi. Nie ma jednak nikogo z mojego rocznika. Czas wcześniej zatrzymał ich żywot. Niemile odbieram tą chwilę, odczuwam ból, gdy widzę wszystkich ludzi. Oni jednak odczuwają większy ból – i to jest w tym wszystkim najgorsze: gdy człowiek odchodzi, rani serca ludzi, natomiast on sam pozbawiony jest tego cierpienia. Rani ludzi, których kochał, i których nauczył kochać, a w dniu odejścia nieświadomie każe im tą miłość ukazywać w postaci łez i smutku. Miłość potrafi ranić.
HaSioQ J.
Materializm
maj 4, 2008 at 10:30 pm | In Mysli nieuczesane, Proza | Leave a CommentŻyjemy w materialistycznym świecie, a ja jestem materialistką – w wolnym tłumaczeniu, śpiewała Madonna. Dziś właściwie wszystko w konfrontacji z pieniędzmi stoi na przegranej pozycji. Najbardziej cierpi człowieczeństwo. Handel ludźmi jest zakazany od dawna jednak ludzie dają robić z siebie sprzedajny towar dobrowolnie. Sukces, tutaj nie ma miejsca na błędy. Sformułowanie “jestem człowiekiem i nic co ludzkie nie jest mi obce” wydaje się być archaiczną ciekawostką z epoki dinozaurów. Ludzie to dziś maszyny z piękną stalową zbroją, przegrzanymi obwodami i zardzewiałym kręgosłupem – moralnym. Nie można się oprzeć wrażeniu, że każdy taki robot pracując na własny sukces tak naprawdę napędza machinę nie różniąc się od miliona innych. Dziś kobiety zabijają w sobie instynkt macierzyński na rzecz sznura pereł i sukienki od Versace. Nawet życie stoi paradoksalnie na przegranej pozycji. Ludzie to hipokryci. Z własnego egoizmu, głupoty i wygodnictwa potrafią nawet zabić. Tak, mam na myśli aborcję. Oczywiście mocno upraszczając sytuację. Ktoś przymiera głodem aby najeść mógł się ktoś,i pojeździć nowym rowerem, i spróbować luksusowego kawioru, i sprawić sobie złoty sedes…
hexa1492
Koniec i początek
marzec 22, 2008 at 5:55 pm | In Proza | 2 CommentsIskierka poczuła coś dziwnego. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czuła czegoś takiego. Wydawało jej się, jakby jakiś odwieczny instynkt dał o sobie znać. Nie mogła nad tym zapanować, bała się, z każdą minutą coraz bardziej. Co jakiś czas uczucie wzbierało na sile. Krzyknęła… Nikt nie zareagował.
Iskierka tkwiła w tym samym miejscu, jej łzy znikały gdzieś w ciemnościach.Nagle coś się ruszyło. Ona sama czuła, że mimowolnie się porusza. Mogłoby się wydawać, że cała ta przestrzeń jest w ruchu.Starała się stłumić strach, wmówić sobie, że to jej własna paranoja, by nie dopuścić do siebie prawdy. Ruchy zdawały się wzbierać na sile. Równomiernie, co jakiś czas z większą siłą dawało się je odczuć. Czuła, że opuszcza swój świat na rzecz jakiegoś innego miejsca.
Ze strachem w oczach dała się ponieść fali wydarzeń. Wiedziała, że tego nie zatrzyma, wiedziała, że nie da się już wrócić. Usłyszała przeraźliwy krzyk gdzieś ponad sobą. Pojedyncze lamenty było słychać co jakiś czas.
Ktoś brutalnie wyrwał ją z bezpiecznego azylu. Poczuła mocny cios. Jeszcze nikt nigdy tak mocno jej nie uderzył. Krzyknęła w rozpaczy zwisając głową w dół. Było zimno, a jasne światło oślepiało jej delikatne oczy.
Sekundy.
To córka!
hexa1492
Blog na WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.